Wariatka?! Nie, matka!
MATKOPOLIS. Spacer po braku, reż. Emőke Kedves, Stowarzyszenie Kobietostan

fot. Justyna Żądło
Uwaga, dalej będzie mały spoiler. Zacznę bowiem od skojarzenia, które pojawiło się u mnie, kiedy oglądałem, a właściwie współuczestniczyłem (do tego wrócę) w spektaklu MATKOPOLIS. Spacer po braku Stowarzyszenia Kobietostan. Otóż w drugim sezonie wyjątkowo popularnego serialu Squid Game w pewnym momencie wychodzi na jaw, że jedna z uczestniczek śmiertelnych zawodów o zawrotną wygraną jest... w ciąży. Niby nic, zabieg podbijający dramatyzm sytuacji. W internecie natychmiast zaczął jednak krążyć żart, że nie ma lepszego dowodu na fikcyjność serialowych wydarzeń niż ciężarna Koreanka. Oczywiście to hiperbola. Celnie wszakże diagnozuje sytuację: obraz kiedyś zwyczajny, młoda kobieta w ciąży, potem matka z wózkiem, w ciągu ostatniej dekady stał się w Korei Południowej czymś tak rzadkim, że w niektórych dzielnicach Seulu czy Pusanu przyciąga spojrzenia jak coś niezwykłego.
Starzejąca się Europa wpada w podobną pułapkę. Rodzimy coraz mniej dzieci, więc nasze miasta powoli odzwyczajają się od ich widoku i obecności. W tramwajach, kawiarniach, urzędach robi się „dorosło” i cicho. Matka z wózkiem zaczyna wyglądać w tej scenerii jak intruz, a płacz niemowlaka brzmi jak zakłócenie, nie jak część, normalnego życia. Młodzi dorośli patrzą na to z boku i myślą: „Jeśli rodzicielstwo oznacza bycie wiecznie nie na miejscu, to może jednak nie teraz, albo wcale”. I tak koło się zamyka. Im mniej dzieci wokół nas, tym mniej w nas chęci, odwagi i ciekawości, żeby je powołać na świat.
To wszystko przekłada się na przestrzeń miejską. Skoro rodzi się coraz mniej dzieci, miasta coraz wyraźniej projektuje się „pod dorosłych”, a dokładniej pod dorosłych sprawnych, szybkich, poruszających się bez dodatkowego „bagażu”: wysokie krawężniki, wąskie chodniki, schody bez podjazdów, malutkie windy. Matka z wózkiem musi przeciskać się między autem stojącym na chodniku a rowerem, lawirować w miejscach, gdzie pieszy i tak ledwo się mieści, a każdy manewr staje się małym testem cierpliwości. Szuka jak skarbu nie tylko przewijaka, ale często nawet zwykłej ławki, żeby na chwilę odetchnąć, nakarmić dziecko, uspokoić je bez poczucia, że „przeszkadza”.
W spektaklu naprawdę sporo jest o tej infrastrukturze, o stopniu i przyczynach miejskiej nieprzyjazności wobec matek oraz o urzędniczej głuchocie na konkretne potrzeby. I nieprzypadkowo, bo MATKOPOLIS powstał w ramach projektu FemminiCity, realizowanego dzięki wsparciu programu EU Citizens, Equality, Rights and Values Unii Europejskiej. To więc przedstawienie z założenia zaangażowane i interwencyjne, które używa języka sztuki po to, by uwidocznić konkretny problem, nazwać mechanizmy wykluczenia z codzienności i uruchomić myślenie o zmianie.
Przyznam, że takie „ściągnięcie” teatru z niebios abstrakcji, wielkich idei, wzniosłej retoryki czy mielonych w kółko modnych dyskursów do kwestii krawężników i placów zabaw jest mi bliskie i sympatyczne. Jeden z takich placów zdążymy zresztą odwiedzić w trakcie spektaklu. Bo MATKOPOLIS to przedstawienie interaktywne, które wypada też zaliczyć do kategorii site specific. Po prologu rozgrywanym na zaimprowizowanej scenie wrocławskiego MiserArtu publiczność zostaje podzielona na dwie części. Jedna opuszcza salę, by wyjść na dwór, a następnie zwiedzać po kolei inne pomieszczenia tej oryginalnej i klimatycznej przestrzeni multidyscyplinarnej. Druga zostaje na miejscu, by zobaczyć tę część spektaklu, którą grupa pierwsza obejrzy później. Na koniec znów łączymy się w całość, żeby razem zobaczyć finał.
Być może brzmi to ciut skomplikowanie, ale w praktyce wychodzi zadziwiająco sprawnie i płynnie. To z kolei wymaga od pięciu aktorek biorących w tym udział, wcielających się w różne postacie i pojawiających się na obu planach, niezłej wprawy logistycznej. Nie większej wszakże niż ta, której na co dzień potrzebują matki.
Wróćmy jednak do placu zabaw, a właściwie ruszmy tam, bo sama wyprawa przez podwórko przy ulicy Cybulskiego 35 w grudniu jest osobnym doświadczeniem, fizycznym i nastrojowym. To ten moment, kiedy „spacer po braku”, jak głosi podtytuł, zaobfituje akurat w kałuże, szarość i błoto. Sam plac wygląda tak, jakby rzeczywiście ktoś go skroił pod tezę spektaklu. Jakby scenografowie nie musieli niczego dopowiadać, bo miasto zrobiło to za nich. Wyodrębniony metalową zagrodą, trochę jak wybieg dla psa, ma rozmiary tylko nieznacznie większe niż tablica z regulaminem. A regulamin składa się właściwie z samych zakazów i nakazów, z fraz typu „muszą”, „odpowiedzialność ponoszą”, „szkody”, „zabrania się”, oraz z siedmiu czerwonych znaków, które mówią więcej o lęku przed odpowiedzialnością niż o trosce. W środku samotny bujak na sprężynie, huśtawka, zaniedbana piaskownica i kosz na śmieci. Patrzeć się na to nie da bez mieszanki gorzkiej ironii i sprzeciwu. Jak się mówi, dziękujemy deweloperom za nasze szczęśliwe dzieciństwo. Sceneria staje się tłem starcia z przedstawicielem lokalnych władz, które kończy się skruszeniem chrupka na głowę kłamliwego urzędnika i pełną godności ripostą: „Wariatka?! Nie, matka!”.
Matka, która zbiera się na krótką wyprawę po mieście jak jakiś Rambo, uzbrajający się po same zęby przed jednoosobowym napadem na bazę wojskową przeciwnika. Najlepiej użyć specjalnej chustki, która przeobrazi cię w ninja, a wózek zostawić w domu, żeby w restauracji nie zasłaniał „głównego ciągu”. Matka, która nie potrafi zrozumieć nieuzasadnionej, bo ponadregulaminowej nadgorliwości pracowników aquaparku, którzy nie pozwalają karmić dziecka piersią przy jacuzzi. Matka, która już przekonała się, że instytucje kultury, takie chociażby jak muzea, trudno nazwać miejscami przyjaznymi dla rodziców z kilkuletnim, aktywnie odkrywającym świat dzieckiem. Swoją drogą pokazy MATKOPOLIS specjalnie zorganizowano w godzinach popołudniowych, żeby mogli przyjść na nie rodzice z dziećmi. Częścią z nich zajmowały się specjalne opiekunki. Część zabrano na spektakl.
Przedstawienie w reżyserii Emőke Kedves, reżyserki urodzonej w Transylwanii w Rumunii i związanej z Węgierskim Teatrem Narodowym w Timișoarze, matki czwórki dzieci, nie jest zwykłą litanią narzekań, choć materiał do niej aż się narzuca. Jak sama przyznaje w jednym z wywiadów, dwa słowa, których szybko się nauczyła w Polsce, zgłębiając temat, to: ławka i ocenianie. Pierwszych brakuje, tymczasem drugie, ze strony innych, bywa akurat w nadmiarze.
Spektakl oparto na scenariuszu utalentowanej dramatopisarki Sandry Szwarc i na badaniach członkini Kobietostanu Iwony Koneckiej, która pozbierała prawdziwe historie wrocławskich matek i ojców. Tak, ojców też, i ten wątek w spektaklu również się pojawia. Dziękuję za ten gest sympatii w stronę rodziców płci męskiej, którzy również, chcąc brać czynny udział w wychowaniu dzieci, napotykają szereg problemów. Chociażby przedziały w pociągach dla „matki z dzieckiem”. Czyżby tylko dla matek?
MATKOPOLIS świadomie korzysta z kilku poetyk naraz. Początek o narodzinach Matki, występującej tu jako fundamentalny archetyp, jej losach i trudach, tchnie powagą i tajemnicą mitu. Całość ma jednak strukturę gry komputerowej, której celem jest pokonywanie kolejnych leveli i zdobywanie punktów za zadania na pozór proste, w praktyce wyczerpujące: dojechać do przychodni i nie zgubić smoczka, znaleźć ławkę, zdążyć, nie zawadzić, nie zostać zawstydzoną. Ten „gamingowy” porządek jest zresztą przewrotnie realistyczny, bo rodzicielstwo w mieście też potrafi działać jak gra z ukrytymi przeszkodami i arbitralnymi zasadami. Wszystko to dzieje się w przestrzeni, która tylko na wizualizacji wygląda fajnie, a w rzeczywistości klucz do toalety z przewijakiem jest u Pani Zosi, która akurat jest na urlopie.
Pięć wykonawczyń gra z zaangażowaniem i oddaniem. Większość z nich zna temat od podszewki, co nie przeszkadza im podchodzić do sprawy ze sporym dystansem i poczuciem humoru. Zamiast maluchów wykonawczynie wykorzystują raz latarki, kiedy dzieci są jeszcze bardzo małe, a kiedy zaczynają chodzić, a właściwie biegać, pojawia się samochodzik zdalnie sterowany. Nawet w odczytywanych na koniec sześciu punktach dekretu, swoistego manifestu mieszkanek i mieszkańców Matkopolis, znajdziemy prześmiewcze, lecz mocno zakorzenione w doświadczeniu perełki, jak ta, że herbatę wypitą do końca należy uznawać za święto narodowe.
Podsumowując, matka, „skoro dwadzieścia godzin człowieka rodziła, to i schody pokona”. Da też sobie radę ze wstydem rodzącym się ze spojrzeń, że nie potrafi opanować swojego dziecka. Poradzi sobie nawet z najbardziej przejmującym, wygłoszonym z nagrania przy obrazie wyświetlanym na ścianę, poczuciem zniknięcia i wymazania, z tym cichym znikaniem z życia publicznego. Czy nie byłoby jednak lepiej, żeby cały ten wysiłek i całą energię mogła oddać dziecku, żeby zamiast poświęcenia było więcej radości? I czy prośba o „krawężniki, które nie są murami” oraz „instytucje kultury otwarte na rytm małych drzemek i dużych emocji” jest wygórowanym, „wariackim” żądaniem?
<p class="text-align-right">07-01-2026</p>
Stowarzyszenie Kobietostan
MATKOPOLIS. Spacer po braku
Reżyseria: Emőke Kedves
Scenariusz: Sandra Szwarc
Badania i konsultacje artystyczne: Iwona Konecka
Obsada: Agnieszka Bresler, Natalia Grzegorzek, Katarzyna Kapela, Joanna Kondak, Justyna Murańska
Premiera: 6 grudnia 2025, MiserArt
MATKOPOLIS. Spacer po braku, reż. Emőke Kedves, Stowarzyszenie Kobietostan
Oglądasz zdjęcie 4 z 5














