O demokracji w teatrze

W teatrze nie może być demokracji.
Tu właściwie powinienem skończyć, bo po wygłoszeniu tak apodyktycznego sądu wiadomo, że autor jest całkowicie przekonany do swojej opinii i trudno będzie go namówić na zmianę stanowiska.
Złagodzę więc trochę pierwotną tezę i napiszę, że w teatrze demokracja rzadko kiedy się sprawdza.
Dlaczego?
Prawdopodobnie dlatego, że, świadomie czy podświadomie, widz odbiera przekaz wprawdzie synkretyczny ale jednak jakoś spersonalizowany, co przejawia się później w recenzjach: „Grzegorzewski zmierza do …”, „Szajna ukazuje nam…”, „Cieplak chce powiedzieć, że …” itd. Ostatnio nawet autor tekstu sztuki bywa słabiej dostrzegany i interpretowany niż kreator – reżyser, który jak ustaliliśmy przed chwilą, ma nam coś do przekazania.
Reżyser jako ktoś nadający ostateczny sens Szekspirowi, Pinterowi czy Czechowowi urasta do roli głównego uczestnika dialogu z widzem.
Scenograf projektuje scenografię, muzyk pisze muzykę, aktorzy grają. Jednak o co chodzi w całości – powinien wiedzieć przede wszystkim reżyser.
Reżyseria to nie jest dobroduszna funkcja organizatora pracy artystycznej.
Aż dziw, że ta funkcja pojawiła się dopiero w XIX wieku i aż dziw, że tak szybko zajęła do tego stopnia dominującą pozycję.
Niewątpliwie mówi to coś o wymaganiach i potrzebach estetycznych widowni, a może nawet coś więcej o kierunku, w jakim zmierza wrażliwość estetyczna społeczeństwa.
Emanuel Kant, rozważając istotę sądu estetycznego, zauważył już dawno ten paradoks – piękno dostrzegamy indywidualnie, ale nasza prywatna, indywidualna opinia zaczyna sobie rościć prawo do powszechności i obiektywności.
Reżyser i dyrygent, chcą czy nie chcą, muszą być w ostatecznym rozrachunku dyktatorami zakładającymi, że oni widzą najlepiej cel tej realizacji.
Mało tego – są prawodawcami.
Tak ma być, bo…? Bo JA uważam, że tak być powinno.
I jeśli ja nieopatrznie wierzę we wspólnotę śmiechu, ale mylę ją ze wspólnotą rechotu, to robię straszne głupstwo.
Bo w ostatecznym efekcie mogę zaszkodzić własnemu przekazowi.
Piszę o tym dlatego, że pytanie o demokrację, pytanie, do którego społeczność teatralna wciąż wracała przez ostatnie sto lat, zmieniało się przez drugą połowę tego okresu na moich oczach.
Były to właściwie dwa pytania:
1. Czy można prowadzić zespół teatralny, podejmując rozmaite decyzje estetyczne (w tym obsadowe) przez głosowania i obrady?
2. Czy artysta powinien bronić zasad demokracji w życiu społecznym?
Odpowiedź na pytanie pierwsze (skorygowana przez rozmaite własne bolesne doświadczenia) brzmi: precz z przemocą, ale jak ktoś fałszuje, to nie powinien śpiewać. A także: zachęcanie do obnażania wymaga daleko posuniętej zgody uczestników procesu twórczego i im więcej decyzyjności, tym więcej odpowiedzialności. Czyli, chcemy czy nie, pozostajemy przy modelu oświeconej monarchii. Na końcu przygody artystycznej pozostaje zawsze jakiś numer jeden, który albo doprowadził okręt do pogodnego portu albo skierował go na skały lub zatopił.
Znane z historii przypadki, kiedy większość uczestników wyprawy wątpi w efekt końcowy, a potem zdumiona dopływa do rajskich wysp, mieszają się z przypadkami odwrotnymi – entuzjazm i silna wiara grupy w końcowy sukces kończą się dla wszystkich bolesną katastrofą i wzajemnym obwinianiem.
Czyli odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: nie da się tworzyć sztuki przez głosowanie, ale dobrze, aby współpraca z jedynowładcą nie oznaczała tyranii.
Gorzej jest z odpowiedzią na drugie pytanie. Gorzej, bo tu jak sądzę nie ma miejsca na żarty. Środki rzutują na cel.
Słaby dowcip skierowany przeciw niesłusznej postawie osłabia dowcipkującego zamiast ośmieszać tę postawę.
Śmiech nieudolnie skierowany przeciw demokracji zamienia się w rechot, jednakże nienajlepszy humor w słusznej sprawie, zmierzający do obrony demokracji, również może być szkodliwy.
Słynna opowieść Antoniego Słonimskiego o tym, jak to młodzi Skamandryci poszli do teatru na jakąś marną komedyjkę i zaczęli głośno zgadywać rymy kończyła się okrzykiem protestem jednego z widzów: „Panowie zachowaniem swoim zmuszają nas do obrony tej miernoty!” Po latach Słonimski skłonny był przyznać rację krzyczącemu.
Miernota zbyt często zdobywa w demokracji prawo do istnienia.
To nas niestety zobowiązuje do dowcipów wyłącznie dobrej jakości.
Zła sztuka może szkodzić dobrej sprawie, a co gorsze dobra sztuka może czasem wspierać bardzo wątpliwe światopoglądy.
Czy Leni Riefenstahl lub Sergiej Eisenstein mogą być obwiniani za sukcesy faszyzmu lub komunizmu?
Niby nie, a jednak trochę tak.
Może dlatego dla artystów tak ważna i cenna powinna być obrona liberalnej demokracji.
Bo oczywiście posłusznie służąc na dworze tyrana, może artysta opływać we wszelakie dobra i zajmować znacznie wygodniejszą pozycję towarzyską niż w chaosie demokracji. Odradzałbym jednak (za Leszkiem Kołakowskim) funkcję usłużnego kapłana, a zachęcał do postawy czujnego błazna.
Czujnego wobec każdej niemoralności, każdej krzywdy, każdego nadużycia intelektualnego.
Nie kłammy sami sobie, że w Gazie została wyłącznie wymierzona sprawiedliwość, że psy lepiej trzymać na łańcuchach, a ograniczanie praw człowieka – emigranta jest dobre.
Nie kłammy sami sobie i przyznajmy się, że: o mdłości przyprawia nas konieczność podlizywania się władcom tego świata, jawna podłość kapitalizmu, obłuda funkcjonariuszy kolejnych systemów oferujących zbawienie.
Nie kłammy sami sobie, bo się niczego o sobie nie dowiemy.
Na szczęście są osoby utalentowane, które potrafią trafić w sedno.
Spojrzeć na jakąś sytuację z należytej perspektywy.
Krąży po mediach społecznościowych rysunek Matyldy Damięckiej – ręka kogoś tonącego, z bagna wyciągnięta ewidentnie po pomoc i ręka drugiej osoby, na razie swobodna, która oświadcza: „Najpierw pocałuj”.
Bardzo trafna i syntetyczna wypowiedź – nie tylko w obronie demokracji. Także potępiająca miernotę.
<p class="text-align-right">07-01-2026</p>
Oglądasz zdjęcie 4 z 5









