K82/Nasłuch: Toruń

aAaAaA
Romuald Wicza-Pokojski,
fot. Wojtek Szabelski/freepress.pl

1.
Należę do pokolenia, które polskiemu wymiarowi sprawiedliwości nie ufa. Które boi się sądów. Wzdraga się przed rozwiązywaniem spraw w sądzie. Bo to w końcu ostateczność. I zawsze się człowiek czymś upaprze. Wiadomo – każdy przeciw każdemu, a sąd przeciw wszystkim. Swoje zrobiła też permanentna popkulturowa demonizacja lub trywializacja sędziów, mecenasów, prokuratorów, notariuszy. Od sądów lepiej z daleka, bo niby niezależne a upolitycznione, dyspozycyjne, skorumpowane, nierychliwe. Teatr i owszem, czasem udaje sąd, ale sąd, ten prawdziwy, rzadko jest po stronie teatru. Bo jak miałby mu pomóc? A tu proszę, taka niespodzianka. Trzęsienie ziemi. Perypetia. Gdzie? W Toruniu.

Doskonale pamiętamy skutki decyzji marszałka województwa kujawsko-pomorskiego Piotra Całbeckiego o unieważnieniu wyników konkursu na dyrektora Teatru im. Wilama Horzycy. Kilkumiesięczny paraliż decyzyjny, opóźnienie realizacji planów sezonowych, protesty środowiska, kompromitacja Urzędu, krytyka za strony Ministerstwa, wreszcie wyznaczenie p.o. dyrektora na okres jednego roku. Marszałek zakwestionował wybór komisji konkursowej, wedle której najlepszym kandydatem z wszystkich ubiegających się o to stanowisko okazał się Romuald Wicza-Pokojski. I odmówił podpisania z nim stosownej umowy. Jako argument na nie podawano zbyt niskie kompetencje dyrektora gdańskiej miniatury i offowego Teatru Wiczy. Szukano wszak celebryty, kogoś o dużym, ogólnopolskim nazwisku albo po prostu dyrektora-słupa, przykrywki dla innego, pozostającego w cieniu faworyta urzędników. Z boku wyglądało to jak desperackie zasłanianie urzędniczego zdumienia, że komisja bryknęła, że wybrała kogoś innego, niż zaplanowano. Marszałek interpretował wyniki pracy komisji następująco: to tylko głos doradczy, my możemy tej sugestii nie przyjąć, bo lepiej wiemy, kogo chcemy. Otóż okazuje się, że niekoniecznie.

Niedawny wyrok – nieprawomocny jeszcze – sądu w Bydgoszczy zmienia radykalnie tę interpretację. Jeśli rozpisano konkurs, a komisja wybrała odpowiedniego kandydata, organizator jest zobowiązany zaakceptować jej decyzję. Nie ma prawa weta. Miał przecież swoich przedstawicieli w komisji (a stanowiło ją zgodnie z ustawą – trzy osoby ze strony Urzędu, dwie ze środowisk twórczych, dwie z ministerstwa i dwie reprezentujące instytucję, której konkurs dotyczył). W świetle prawa Romuald Wicza-Pokojski jest dyrektorem Teatru im. Horzycy. I Urząd powinien rozpocząć z nim negocjacje co do warunków umowy o pracę. Nie będę wchodził tu w szczegóły orzeczenia. W tak zwanej sprawie toruńskiej interesują mnie teraz następujące paradoksy.

Otóż okazało się, że upór garstki społeczników z Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska na czele z Aliną Czyżewską, by zamiast protestować, strajkować, podpisywać listy oburzonych, obsobaczać w sieci cwanych urzędników, skierować od razu sprawę na drogę sądową, okazał się skuteczny. Wojewoda, na której biurko złożono obywatelski protest, musiała przedstawić sprawę do rozpatrzenia. No i sąd wypowiedział się po myśli obywateli i środowiska. Czyżewska twierdzi, że jeśli Urząd Marszałkowski mimo wszystko odwoła się w tej sprawie do sądu wyższej instancji, to i tak przegra, zmarnuje kolejne publiczne pieniądze i czas potrzebny do przygotowania nowego dyrektora do nowego sezonu. Ale pewnie odwołanie będzie. Może tylko po to, by Wiczę zmęczyć i przeczołgać kolejny raz. Jednak jestem zdumiony – nie pierwszy raz – skutecznością koleżanki Czyżewskiej. W kategorii budowanie społeczeństwa obywatelskiego i pomagania polskiemu teatrowi Alina Czyżewska w jeden rok dokonała więcej (była jedną ze współautorek sukcesu kandydata partyzantów miejskich w wyborach prezydenckich w Gorzowie Wielkopolskim) niż na przykład Krytyka, kurwa, Polityczna w całą dekadę.

Skoro decyzja sądu jest taka, a nie inna, co ludzie teatru czynić powinni w sprawie konkursów, wyborów dyrektorów, konfliktów z urzędnikami? Czy rzeczywiście zyskaliśmy jakiegoś ostatecznego sojusznika? Na jak długo?

Może to być również początek akcji naprawiania wszystkich nie do końca przejrzystych werdyktów władz w związku z wyborami personalnymi komisji konkursowych. Do głowy przychodzi mi od razu przykład gnieźnieński. Skoro komisja artystyczna konkursu ma głos ostateczny i wiążący, to znaczy, że dyrektorem gnieźnieńskiego teatru powinna zostać – i chyba de iure nadal nim jest – Magda Grudzińska, a nie Joanna Nowak. W tamtym konkursie było tak, że dwie kandydatki zdobyły podobną liczbę głosów, Grudzińska o dwa więcej, rzec można wygrała o włos. Decyzja marszałka wielkopolskiego Marka Woźniaka była taka, że wybiera bardziej doświadczoną kandydatkę. I wskazał na dyrektor Nowak. Grudzińska została z niczym jako pierwsza rezerwowa i rzeczywiście w nieodległej przyszłości, kiedy otworzyło się kolejne dyrektorskie okienko, tym razem w Kaliszu, Urząd zaproponował jej w ramach zadośćuczynienia stanowisko bez konkursu. Jednak wobec sprzeciwu ministra Zdrojewskiego, który wolał procedurę konkursową, Grudzińska musiała wystartować w konkursie: wygrała tym razem z dużą przewagą.

Co jednak będzie, gdy teraz ktoś, jakieś gremium, grupa obywateli zaskarży pro publico bono tamtą decyzję marszałka? Prawo w Kujawsko-Pomorskiem jest takie samo, o ile wiem, jak w Wielkopolsce. Jeśli organizator nie ma możliwości personalnego manewru, tylko musi respektować wybór komisji konkursowej, Grudzińska powinna budować teatr w Gnieźnie, a nie w Kaliszu. Co wtedy z dyrektor Joanną Nowak? Czy powinna wystartować w nowym, kaliskim konkursie, w ramach, jak już to przetestowano, tak zwanego zadośćuczynienia, bo nie wolno marnować fajnych kandydatów i o tym Urząd marszałka województwa wielkopolskiego doskonale wie? A jeśli dyrektor Grudzińska nie zgodzi się odejść z Kalisza? Co nam po ewentualnej korekcie marszałkowskiej decyzji z konkursu z Gniezna? Jak to teraz wszystko wyprostować bez strat w ludziach i prestiżu?

Wyobrażam sobie też inne skutki wyroku sądu w Bydgoszczy, na przykład takie, że Wicza-Pokojski mógłby wytoczyć proces Urzędowi o utracone zarobki – pensja z Horzycy jest prawdopodobnie wyższa niż w Miniaturze. I miałby szansę na kolejne zwycięstwo. Jak by to sąd usprawiedliwił, obliczył? Pensja dyrektora Horzycy minus pensja dyrektora Miniatury równa się wysokość odszkodowania plus narzut za straty moralne. Współpracownicy Wiczy, którzy mieli przyjść z nim do Torunia, mogliby postąpić tak samo. Jakiego zadośćuczynienia winny żądać Magda Grudzińska i Joanna Nowak, pojęcia nie mam, przekracza to nawet moją wyobraźnię.

A może sprawy gnieźnieńskiej nie ruszać, bo obie placówki są w gazie, obie szefowe dobrze czują się w swoich rolach? Tylko co z tak zwaną sprawiedliwością? Wyjdzie, że marszałkowi Całbeckiemu wolno mniej niż swego czasu marszałkowi Woźniakowi.

Z pewnością decyzja sądu w Bydgoszczy, o ile nie zostanie zakwestionowana przez kolejną instancję, stworzy nowe reguły gry konkursowej. Kandydaci Urzędu będą dobierani bardzo starannie, z żądaniem pełnej dyspozycyjności głosu. Nowym graczem będzie „odzyskane” ministerstwo: jego reprezentanci w komisji mogą iść na zwarcie z przedstawicielami członków wskazanych przez lokalne władze o innej orientacji politycznej. Może to prowadzić do decyzyjnego klinczu. Bo i eksperci komisji, i reprezentanci załogi oraz związków twórczych też mogą zawierać sojusze strategiczne. Skończy się pewnie na powszechnym odchodzeniu od konkursów, cichym uzgadnianiu niewadzących nikomu kandydatów, akceptowanych zarówno przez PIS, jak i PO.

Może będzie dobrze. Może nie. W każdym razie wreszcie coś wygraliśmy: wyrok sądu w Bydgoszczy daje nadzieję. Przypomina mi się jeden detal z Anabasis Ksenofonta. Wędrujący miesiącami przez obce, nieprzyjazne terytorium, ścigani przez perską armię Grecy gdzieś w górach Anatolii, wiele kilometrów od brzegów Morza Czarnego, widzą ze szczytu cienką niebieską linię na horyzoncie. „Thalassa! Thalassa! Morze! Morze!” – wołają uradowani, oszaleli ze szczęścia. Jesteśmy uratowani! Tam gdzieś jest Trapezunt. Morze, którego lękają się barbarzyńcy. Morze, czyli droga. Morze, czyli grecki dom. Nie do końca była to prawda, że to już koniec ich odysei, wielu jeszcze zginęło, ale przynajmniej w armii pojawiła się nadzieja. I teraz ja też dzięki Alinie Czyżewskiej chciałbym zawołać w kontekście polskim i toruńskim: Thalassa! Thalassa!

Słowo na środę: Piszmy do siebie miłe SMS-y!

Ujawnienie przez Mike’a Urbaniaka treści prywatnego SMS-a, jaki otrzymał od artystki rozczarowanej poziomem i konwencją jego recenzji ze spektaklu, przy którym współpracowała, stanie się niechybnie kamieniem milowym w dziejach polskiej teatrologii. I zapewne przełomem obyczajowym. Opublikowana na stronie Urbaniaka „panodkultury” i niezwykle ochoczo skopiowana przez e-teatr, jakby to była naprawdę sprawa wagi państwowej, polemiczna orgia młodego krytyka polega głównie na tym, że w bardzo długim tekście daje on artystce wyjątkowy odpór moralny, zapewniając nas o swojej nieposzlakowanej opinii, przestrzeganiu wyśrubowanych standardów zawodowych i nieulękłym obiektywizmie, któremu zresztą od samego początku kariery bezwzględnie hołduje. Obficie i z wyraźną przykrością cytuje epitety, jakimi został obdarzony w krótkiej wiadomości tekstowej od niegdysiejszej bliskiej znajomej. Wymienia też – kontekstowo – innych skrytykowanych przez siebie twórców i dyrektorów, którzy obrazili się na niepokorne pióro Urbaniaka. W związku z tym skrzywdzony krytyk obiecuje, że zaraz po Świętach Bożego Narodzenia kończy na zawsze z pisaniem. Jak podejrzewamy, obejmie zapewne gdzieś tam w świecie funkcję kierownika literackiego, bo taka jest naturalna kolej rzeczy, tam właśnie odchodzą krytycy niepokorni.

Po auto da fé Urbaniaka mam następujące przemyślenia:

- Urbaniak zdecydowanie nie jest królem ciętej riposty, gdyby był, odpisałaby SMS-em znajomej i byłoby po sprawie.
-- artysta zawsze ma prawo odwinąć się krytykowi w dowolnej formie; jeśli chce się być krytykiem, trzeba to zaakceptować.
- nie masz grubej skóry – zastrzeż numer telefonu.
- publiczne czyszczenie zawikłanych relacji prywatnych i zawodowych jest wyjątkowo obrzydliwe.

A skoro już zapanowała moda na ujawnianie prywatnych SMS-ów, to ja też coś ujawnię. Ilekroć niebezpiecznie zbliża się deadline oddania Kołonotatnika, redaktor Katarzyna Knychalska wysyła mi następującą wiadomość tekstową: „?”.

Można? Można.

18-11-2015

Oglądasz zdjęcie 4 z 5