Czterdzieści trzy zachody słońca
Mały Książę, reż. Zdenka Pszczołowska, Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku

fot. Kamila Rauf-Guzińska
W Małym Księciu Zdenki Pszczołowskiej sceniczną przestrzeń barwią kolory zachodzącego słońca. Bo też ten akurat moment dnia ma w całej tej teatralnej opowieści wyjątkowe znaczenie. To widok-metafora; kompozycja, do której nieustannie powracamy, raz za razem. (Kraj)Obraz, który coś znaczy, który jest ważny, być może najważniejszy. „To, co najważniejsze, jest niewidoczne dla oczu” – przedrukowana na tysiącach pamiątkowych gadżetów, unieśmiertelniona fraza z Antoine᾿a de Saint-Exupéry᾿ego, którą autorytarnie uczyniono mottem opowieści o zbłąkanym pilocie, jest w słupskim przedstawieniu celowo zmarginalizowana. Bo to, co ważne, widać. Czasem aż nazbyt wyraźnie – mówi reżyserka najnowszej polskiej adaptacji literackiego klasyka.
Reżyserująca po raz pierwszy w Nowym Teatrze w Słupsku Zdenka Pszczołowska zaprosiła do Małego Księcia stałą ekipę współpracowniczą: za scenografię i kostiumy odpowiada tu Magdalena Mucha, światło wyreżyserowała Klaudyna Szubert, muzykę skomponował Andrzej Konieczny. Powstało przedstawienie z jednej strony bardzo bliskie literackiemu oryginałowi (w tłumaczeniu Agaty Kozak), z drugiej – charakterystyczne dla twórczości Pszczołowskiej, która uważnie wczytuje się w wersy klasycznej lektury, ale nie mniej skrupulatnie przygląda się jej kulturowym przetworzeniom – tutaj są nimi wyobraźniowe konstrukty, które zapisała w nas dziwaczna historia o samotnym, blondwłosym dziecku. Z tej pracy, z tych poszukiwań formułuje się szereg pytań, a najważniejsze z nich dotyczą sensowności sięgania po tę filozoficzną powiastkę niemal wiek po jej wydaniu. I uwaga: nie zostają one bez odpowiedzi, słupskie przedstawienie, pomimo całej swej zwiewności i oniryczności, dość konkretnie wskazuje te miejsca dzieła Saint-Exupéry᾿ego, z którymi poczujemy kojącą bliskość. Mnie te argumenty przekonują. A przy okazji – głęboko poruszają.
Na niewielkiej planecie Małego Księcia (Igor Chmielnik) zmierzch można oglądać raz za razem, wystarczy tylko nieznacznie przesuwać krzesło. „Pewnego dnia widziałem zachód słońca czterdzieści trzy razy!” – mówi bohater, a jego słowa to jeden z wielu momentów tej opowieści zwracające uwagę na (niepokojącą?) powtarzalność, cykliczność, czasem swoistą samoodnawialność tego dziwnego świata, do którego w dramatycznych okolicznościach trafia Pilot (Krzysztof Kluzik). Mnie ten akcent poprowadził do teatralnego debiutu Zdenki Pszczołowkiej, do świetnych Upiorów Ibsena w gdańskim Teatrze Wybrzeże. Tam rozedrgany kształt stułbi modrej, wiecznie odradzającego się morskiego żyjątka, stał się porażającą metaforą zainfekowanej traumą rodziny – reprodukującej krzywdę, zamkniętej w cyklach cierpienia. W Małym Księciu znajduję analogiczne rozpoznanie – zwrócenie się w kierunku tego, co dawne, przeszłe, zapomniane. A zarazem wciąż obecne w nieoczekiwanych odbiciach, wciąż dojmująco aktualne, wciąż sprawcze. Dorosły powracający nagle do zdarzeń z odległej przeszłości, do doświadczeń, które wyparł, których wyrzekł się z różnych powodów i od których uciekł, nierzadko w geście ratowania samego siebie, nie będzie w tej niespodziewanej konfrontacji dorosłym. Będzie dzieckiem. Będzie Małym Księciem, dla którego Pijak jest wciąż i mimo wszystko Królem.
Ale to nie jedyna interpretacja opowieści Zdenki Pszczołowskiej, ze scenicznych zdarzeń wyczytać możemy znacznie więcej. W tym pojemnym świecie treściom poważnym, często fundamentalnym towarzyszy otwartość na to, co nonszalanckie, chwilowe, „niepoważne”. Na te wszystkie fantazje z przeszłości, które nigdy się nie wydarzyły, które wydarzyły się częściowo albo bez nas. Te, które bardzo chcemy pamiętać inaczej. Zdenka Pszczołowska z uśmiechem otwiera w swoim przedstawieniu przestrzeń dla zwolnionej z samodyscyplinujących pouczeń nostalgii. W konsekwencji bywa tu miękko, niewyraźnie, ciepło i cicho. W sam raz dla poprzeżywania raz jeszcze otulających wspomnień – o pierwszej bliskości, przyjaźni, o jej fakturach i zapachach. O niezręczności i zazdrości. O głębokiej wierze w „zawsze” i „nigdy”. Skomponowana przez Magdę Muchę i Klaudynę Szubert przestrzeń Dużej Sceny słupskiego teatru buduje krajobraz sprzyjający tym wędrówkom. Piętrowe łóżko ze zjeżdżalnią, trampolina, kącik z umywalką i kule różnych wielkości, sprawiające wrażenie zatrzymanych w ruchu – wszystko to przywołuje na myśl dziecięcy pokój, ale tez przedszkolną salę czy plac zabaw. Przestrzeń z przeszłości, przywołana z pamięci, z pożółkłych zdjęć. Ale także ta wyłącznie nieprawdziwa, odbijająca telewizyjne, medialne obrazy i ich pastelową idealność. Liminalna kraina przechowywana w wyobraźni na specjalne okazje. Zanim wyląduje w niej Pilot, echem odbijać się w niej będzie kompulsywna paplanina „randomowego dorosłego” (Jakub Mielewczyk), który uprawiać będzie z nami, rozsiadającymi się na widowni, zabawny small talk. Bo my, dorośli, nie potrafimy w milczenie, dopisujemy mu niewiedzę, nieśmiałość, znudzenie. Wszystko to, przed czym straszą nas społeczne przekonania. Wszystko to, co z nonszalancką radością uprawia dzieciństwo.
Gdy męcząca mantra niknie, pojawia się rozbitek. Pilot, bohater Krzysztofa Kluzika, szybko rezygnuje z racjonalnych pytań. Oczywiste w sytuacji zagubienia „gdzie jestem?” i „co to za miejsce?” zastępuje trudniejsze „po co?”. Wskazówki niesie opowieść dziwnie smutnego chłopca, który oprowadza Pilota po mikrokosmosie samowystarczalnych planetoid i po swojej osobistej historii. Adaptująca tekst Saint-Exupéry᾿ego Zdenka Pszczołowska przedstawia kanoniczne dla powiastki postaci : Różę (Katarzyna Pałka), Biznesmena (Anna Grochowska), Węża (Bozena Borek) i Lisa (Jowita Krowiewnicka). Podobnie, jak w literackim oryginale – każde z tych mikrospotkań ustawia światu ludzi lustro. Z tą jednak różnicą, że tu odbijają się w tym zwierciadle kształty silniej uczepione egzystencjalnego konkretu, wyraźniej rozgraniczające dwa plany: czas dorosłości, dojrzałości i czas dzieciństwa. Efekt jest niezwykle poruszający, ale też, co najistotniejsze, bardzo czytelny dla wszystkich grup, którym polecane jest słupskie przedstawienie, a w tym przypadku są to nie tylko osoby dorosłe. Wisząca na telefonie Biznesmenka, lękowa i kontrolująca Różna czy agresywny Król-Pijak (Jakub Mielewczyk) odbijają w sobie obawy i tęsknoty tak dorosłych, jak i dzieci. Jedni i drudzy wyczytają w nich historie ze swojej codzienności, swoich światów i swoich baniek. Co ważne: Zdence Pszczołowskiej udało się z powodzeniem wyzbyć „nauczającego” tonu, który pobrzmiewa w wielu momentach książki Saint-Exupéry᾿ego. Mikroopowiastki składające się na słupskiego Małego Księcia to nie „lekcje”, jak często nieznośnie interpretuje się oryginał, lecz po prostu spotkania. Pełne trudu niechcianych emocji, ale też intrygujące fabularnie, zabawne, pomysłowe. Każde z nich otrzymuje tu swoją własną dynamikę na planie teatralnej mechaniki – znakomicie skomponowany ruch poszczególnych postaci, świetne kostiumy w połączeniu z aktorską ekspresją czynią postaci tej opowieści nie tylko egzystencjalnymi projektami, lecz żywymi, pełnymi swoich tajemnic bohaterami i bohaterkami. Dość statyczna w lekturze opowieść Saint-Exupéry᾿ego w przestawieniu Pszczołowskiej zyskuje ruchliwość nieobliczalnej przygody, gdzie postaci wyłaniają się niespodziewanie z nieoczywistych zakamarków. Znakomity, ważny jej obszar to ścieżka dźwiękowa Andrzeja Koniecznego – pełna cukierkowego, nostalgicznego bitu, ale też ciemna i rzewna.
Jeśli miałabym krótko podsumować to przedstawienie, powiedziałabym, że jest ono o oswajaniu. Ale nie tym, o którym wspomina książkowy Lis w kanonicznym cytacie o odpowiedzialności. Bardziej myślę tu o oswajaniu tego, co w nas, a zwłaszcza w naszej pamięci. Na planecie Małego Księcia smutek zachodu słońca można przeżywać raz za razem, nawet czterdzieści trzy razy pod rząd. Bo taka jest potrzeba, bo tak potrzebujemy poczuć melancholię. Tak ją oswajamy i tak się w niej rozsiadamy. O tym dla mnie mówi ta opowieść: o powracaniu do wspomnień tyle razy, ile tylko potrzebujemy, aby je w pełni i na własnych warunkach poczuć. I bez względu na to, o czym te wspomnienia są: o miłej, pięknej Róży czy o nieobliczalnym, przemocowym Królu-Pijaku.
To świetne, znakomicie zagrane (na czele z Jakubem Mielewczykiem i Katarzyną Pałką) przedstawienie Zdenki Pszczołowskiej zakończyło kolejny ciekawy (choć może nie tak spektakularny, jak ten wcześniejszy) sezon w Nowym Teatrze w Słupsku. Zakończyło też, co wyraźnie i z wielkim wzruszeniem zaznaczono podczas premierowego wieczoru, bardzo istotny czas w historii tej sceny: dyrekcję Dominika Nowaka, który od stycznia 2016 roku sukcesywnie wyprowadzał teatr z artystyczno-organizacyjnych tarapatów. Efektem tej pracy jest jedna z najciekawszych polskich scen, objeżdżająca festiwale, zdobywająca prestiżowe nagrody. Z bardzo mocnym zespołem aktorskim. Zdenka Pszczołowska, jednogłośnie wybrana nowa dyrektorka słupskiej sceny, mówi o tych zasobach z wielkim szacunkiem. Myślę, że przed Nowym Teatrem im. Witkacego w Słupsku dobry czas.
<p class="text-align-right">16-07-2025</p>
Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku
Mały Książę
Antoine de Saint-Exupéry
Tłumaczenie: Agata Kozak
Adaptacja i reżyseria: Zdenka Pszczołowska
Muzyka: Andrzej Konieczny
Scenografia i kostiumy: Magdalena Mucha
Reżyseria światła: Klaudyna Szubert
Obsada: Bożena Borek, Igor Chmielnik, Anna Grochowska, Jowita Kropiewnicka, Katarzyna Pałka, Jakub Mielewczyk, Krzysztof Kluzik
Premiera: 28 czerwca 2025
Mały Książę, reż. Zdenka Pszczołowska, Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku
Oglądasz zdjęcie 4 z 5