Człowiek z Olkusza
Dawno, dawno temu, w owych bajkowych niemal i trudnych dziś do wyobrażenia sobie czasach, w których skupialiśmy się przede wszystkim na tym, aby w kranach płynęła ciepła woda, rozmawiałem z moją znajomą, o tym, że ówczesny polski teatr z rzadka jedynie, a i wtedy dosyć powierzchownie opowiada o problemach współczesnej Polski. Moja znajoma była osobą w tej materii bardzo kompetentną: pracowała na jednej z bez wątpienia najlepszych i najbardziej awangardowych polskich scen, a do tego pisała doktorat na kulturoznawstwie. To drugie zwłaszcza zaważyło na przebiegu naszej rozmowy (jak to – „nie współczesne” – przecież w spektaklu X podejmuje się wprost problem, o jakim pisze w swojej ostatniej książce Judith Butler?!). Ponieważ ciągle pozostawałem nieprzekonany, znajoma (której na pewno nie można było zarzucić ageizmu) wzięła poprawkę na mój podeszły wiek, który potwornie utrudnia nadążanie za współczesnością i pojednawczo westchnęła: no może... ale przecież w Polsce nic się nie dzieje, gdzie tu znaleźć bohatera dramatu? A ja opowiedziałem jej wówczas historię wyczytaną właśnie w gazecie, którą za chwilę podzielę się również z Państwem.
W tytułowym dla całego tomu reportażu Plaża za szafą Marcin Kącki opowiada historię kradzieży jedynego w Polsce płótna Moneta. Wart 7 milionów dolarów obraz Plaża w Pourville zniknął z Muzeum Narodowego w Poznaniu 17 września 2000 roku. Dopiero dwa dni później stwierdzono, że zamiast Moneta na ścianie wisi nieudolna kopia, którą – jak się po latach okaże – wykonał za trzy stówy uliczny portrecista-karykaturzysta.
Złodziejem był Robert Z. Bezrobotny z Olkusza. Skradziony obraz powiesił za szafą w mieszkaniu rodziców i niekiedy, gdy nikogo nie było w domu, odsuwał szafę i patrzył na niego. Nie podjął żadnej próby sprzedaży Moneta. A przecież w domu Roberta się nie przelewało: pracowała tylko żona (w fabryce), on opiekował się kalekim synem. Więc pensja żony i groszowy zasiłek. Więc – dlaczego?
Tego się z reportażu nie dowiemy.
Tom Kąckiego ma podtytuł Polska kryminalna i to ona, Polska właśnie, ta szemrana, złodziejska i przestępcza, jest główną bohaterką książki. W historii Roberta Z. Kąckiego zdaje się interesować przede wszystkim surrealistyczna już właściwie nieudolność działania służb państwa z tektury. Takiej samej, na jakiej anonimowy Ukrainiec wymalował Robertowi „kopię” Plaży w Pourvile.
Robert Z. został zatrzymany dopiero w 2009 roku. Mimo że kradzież była głośna i przez to angażująca wielkie siły policyjne; mimo że policja od początku dysponowała odciskami palców i szczegółowym rysopisem sprawcy; mimo że – również od początku – miała trop prowadzący do 30-tysięcznego Olkusza.
Kiedy czytam opis kolejnych działań naszych dzielnych organów, przypominają mi się niegdysiejsze groteskowe perypetie gangu Olsena.
Robert Z. wpada, bo jeden uparty policjant nie odpuszcza i po godzinach szuka jego odcisków palców, wśród tych, które napływają do centralnego rejestru. Być może to na szeregu takich uparciuchów, rozsianych w różnych miejscach i po różnych instytucjach, trzyma się jeszcze jakoś to państwo.
W reportażu nie ma śladów, by Kącki rozmawiał z Robertem, który w chwili pisania Plaży... był już w areszcie śledczym i czekał na badanie psychiatryczne. Ta rozmowa nie była niezbędna do portretu Polski kryminalnej. Ale mnie to właśnie Robert Z. interesuje najbardziej.
Jak bezrobotny z Olkusza wpada na pomysł ukradzenia akurat Moneta. Jak się dowiedział o tym, że taki malarz w ogóle istnieje? Gdzie zobaczył reprodukcję obrazu? Spodobał mu się? A konkretnie co? Światło, którego jest pełen? Otwarta swobodnie przestrzeń? Klif w głębi, jak w Jastrzębiej Górze? Był tam kiedyś? Czy zawsze nie starczało forsy na byczenie się nad morzem?
A potem, gdy obraz wisiał już za szafą, a on wiedział z prasy, że jego majątek ruchomy powiększył się o jakieś 26 milionów złotych, czy nie brała go chętka, żeby go jednak sprzedać? Wiadomo, ryzykowna sprawa, ale... Pensja żony dla trzyosobowej rodziny z kalekim dzieckiem... (wg danych GUS średnia płaca w 2000 roku wynosiła 1923 zł).
Kradzież potrafił przecież skutecznie zaplanować: wszedł do poznańskiego Muzeum jako malarz amator pragnący skopiować obraz wiszący vis a vis Plaży. Spędził tam kilka godzin, szkicując i wycinając stopniowo z ram płótno Moneta. Co kilka minut mijała go strażniczka, pani bardzo niewielkiego wzrostu, która tę niedoskonałość swej postury rekompensowała pantoflami na wysokim obcasie. Miało to ten dobry dla Roberta skutek, że słychać ją było z daleka. Stukot obcasów w pustym Muzeum, gdzie byli tylko we dwoje. (Rozmawiali ze sobą? Pokazywał jej efekty swojej pracy?)
W każdym razie kradzież przeprowadził bez zarzutu. Czy obmyślał sposób sprzedaży łupu? Na spacerach z niepełnosprawnym dzieckiem? Powstrzymał go strach? W którym momencie? Na spacerze w Olkuszu? Czy może już przed drzwiami antykwariatu? W Krakowie? W Berlinie? W Wiedniu?
A może to wcale nie był strach? Może odkrył w sobie nagle pasję kolekcjonera? Zakochał się w obrazie? Może wystarczały mu chwile, gdy w pustym mieszkaniu rodziców odsuwał szafę i patrzył na rozsłonecznioną Plażę w Pourville?
To wszystko są pytania, które powinien zadać teatralny dokumentalista. Historia Roberta Z. na pierwszy rzut oka jest równie dziwaczna, jak wynik ubiegłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego, które w Olkuszu, na przykład, w cuglach wygrało PiS przy rekordowej frekwencji, na którą w znacznym stopniu wpłynęły wezwania do pójścia do urn, jakie płynęły z kościelnych ambon. Księża apelowali o udział w wyborach w tę ostatnią niedzielę przedwyborczą, gdy cała Polska oglądała na YouTubie film Sekielskich, który miał wstrząsnąć w posadach kościołem katolickim w Polsce. Także w Olkuszu.
Co za ludzie w tym Olkuszu mieszkają? Kradną obraz za siedem baniek i wieszają go za szafą?! Oglądają w Internecie, jak umierający ksiądz Cybula (kapelan prezydenta Wałęsy) przyznaje się do swojej pedofilii i… biegną do urny, żeby głosować tak, jak im powiedział ich ksiądz proboszcz. Tak samo możemy bezradnie pytać o ludzi z Kamiennej Góry, Miechowa czy Jędrzejowa. Tam głosują podobnie, choć jeśli kradną, to daleko skromniej.
Przez Miechów i Jędrzejów przejedzie bohater Siódemki Ziemowita Szczerka, ale jedyni tubylcy, których spotka, to jacyś popaprańcy w przebraniu Geralda. Jeszcze gorsze katusze przeżywa bohater Ale z naszymi umarłymi Jacka Dehnela, mieszkający w Polsce stającej się błyskawicznie zoombielandem.
Moja znajoma stwierdziła, że Robert Z. jest zwyczajnym idiotą i zupełnie nie nadaje się na bohatera dramatu. No, chyba żeby to była jakaś groteska w stylu Szczerka lub Dehnela.
02-09-2020
Oglądasz zdjęcie 4 z 5